"Photon" (2017, reż. Norman Leto) - kadr z filmu

Obejrzałam „Photon” i uznaję go za jeden z moich ulubionych filmów historycznych.

dzieła wybrane

Co niniejszym postaram się wyjaśnić.

Że miałam do czynienia z filmem historycznym – to dla mnie sprawa dość oczywista. Chyba jednak takie stanowisko nie jest zbyt popularne, zważywszy, że film Normana Leto otagowano na Filmwebie jako „dramat” (sic) oraz Sci-Fi, na IMDb zaś również jako „drama” oraz – malowniczo – jako „mystery”.

 

"Photon" (2017, reż. Norman Leto)

 

Wszelkiego autoramentu recenzji i omówień „Photonu” znajdzie poszukujący sporo, zwłaszcza że ostatnio Leto odebrał Paszport Polityki, o czym pewnie większość czytających te słowa już wie. Ja w każdym razie postanawiam upublicznić swoje refleksje dość wybiórczo. Swoją drogą przypuszczam, że rzeczonemu Paszportowi zawdzięczam to, iż w ogóle udało mi się „Photon” obejrzeć. Wcześniej przegapiłam (czyt. zbierałam się jak sójka za morze), potem plułam sobie w brodę, no ale na szczęście upatrzyłam w Nowych Horyzontach jakiś zabłąkany, chyba pojedynczy, seans, podejrzewam właśnie, że doklejony do repertuaru na fali zainteresowania po-nagrodowego. Uf. Co za ulga.

Dla kompletnie w temat niewtajemniczonych przytaczam zgrabny fragment opisu filmu, zaczerpnięty stąd:

Epickie spotkanie sztuki z naukami ścisłymi w formie eksperymentalnego wykładu. Photon jest podróżą od początków wszechświata do nieokreślonej, postludzkiej przyszłości. Od Wielkiego Wybuchu do rewolucji kwantowej. Inspirowany książkami słynnego brytyjskiego teoretyka Davida Deutscha, autora m.in. głośnej Struktury rzeczywistości, traktuje o początkach materii, następnie wyjaśnia, co dzisiaj wiemy (i czego nie wiemy) na temat powstawania życia. (…) Dzięki kilku wymownym przykładom z codzienności przeciętnej rodziny wyjaśnione zostaje biologiczne podłoże zjawisk, takich jak przemoc, alkoholizm lub wolna wola. (…) Ostatni rozdział filmu dotyczy przyszłości rodzaju ludzkiego. Photon odważnie prognozuje m.in. dalsze przenikanie świata człowieka i technologii. (Ewa Szabłowska, MFF T-Mobile Nowe Horyzonty)

Podkreślmy, że problemy człowieka nie są tu głównymi aktorami.

Że my, ludzie („ludzkość” – brzmi dumnie) pępkiem świata nie jesteśmy – do tego mnie przekonywać nie trzeba. To blog o sztuce, a nie prywatny pamiętnik (na szczęście), więc daruję sobie opowieści o tym, z czego to wynika, w każdym razie nie (lub nie tylko) z głębokiego intelektualizowania czy tak zwanego namysłu. Byłam prostym organizmem. Mam miliardy takich prostych (nie, żeby to miało zabrzmieć obraźliwie) przodków. To bardzo kojąca perspektywa. Może kiedyś znowu tak się uproszczę. Albo będę się dalej komplikować. Na pewno byłam pyłem (nie mylić z prochem biblijnym, Rdz 3.19, itd.). Moja człowieczość w perspektywie czasu („naszego”, linearnego czasu) jest krótka. Nie chcę przez to powiedzieć niczego ponad to – jest krótka, nie „tak krótka, że nic nie znacząca”, „żałośnie krótka” czy, na przykład, „krótka – ale za to jaka!”. W każdym jednak razie ta krótkość nie od dziś każe mi się zastanowić nad tym, jak bardzo w mojej historii (mojej, nie mylić z historią mojego gatunku) istotne są rzeczy ludzkie, dajmy na to (żeby już nie powoływać się jak zwykle na wojny, religie i wynalazki) kultura. Jak ma się do tego historia przemian na poziomie komórkowym. I tu wyłazi w całej swojej twórczej okazałości fakt bycia historykiem. Uzależnienia od widzenia rzeczy w ich czasowej perspektywie. Ale do tego jeszcze wrócimy.

 

Kiedyś jednym z moich wielu niezrealizowanych pomysłów na naukową siebie (wiem jak to okropnie brzmi, ale każdy, kto choć przez moment dryfował po orbicie świata akademickiego wie, o co chodzi) było zajęcie się filmem historycznym jako takim. Oczywiście pomysł zdążył pięć razy umrzeć, zanim doczołgałam się do studiów doktoranckich, w każdym razie co się naoglądałam, to moje (dobrze, że pomysł rzuciłam, bo pewnie musiałabym teraz z naukowym namaszczeniem oglądać „Koronę Królów”). W każdym razie – dobrze oglądało się te filmy, gdzie zależność – baza historyczna (staram się nie użyć słowa „fakty”) plus nadbudowa artystyczna dawała mniej więcej taki efekt: nadbudowa na tyle sugestywnie penetrowała i przetapiała bazę, że w trakcie seansu widz nie zadawał sobie pytania o prawdę historyczną, ewentualną zgodność wizji filmowej z rzeczywistością etc., robił to – jeśli był dociekliwy – dopiero potem. Nie ma nic gorszego, niż film w historycznym kostiumie, który wymusza nieustanną pracę mózgu na zasadzie „to prawdopodobne, a tamto nie”, zamiast pozwolić widzowi po prostu „dać się pochłonąć”. Dla historyków różnej maści (sztuki też, a może zwłaszcza – w końcu to my najbardziej zajmujemy się dawnościami wizualnymi) to istny, przysłowiowy pain in the ass. Chcę powiedzieć po prostu, że wizja artystyczna musi (przynajmniej dla mnie) być na tyle silna, koherentna, by sprawić, że zgodność z faktami (o ile w ogóle jakieś fakty znamy) staje się sprawą  nawet nie drugo-, a trzeciorzędną. Sprawić, że wewnętrzny historyk na chwilę zamilknie.

„Photon” przedstawia historię od zera. Nawet nie „historię materii”, bo zaczynamy w punkcie, gdzie materii jeszcze nie ma. Przy czym już określenie „w punkcie” jest tu zwodnicze i wprowadza pewne nieporozumienie, żadnego punktu też bowiem nie ma. Trudno się o tym pisze, trudno mówi, trochę łatwiej wizualizuje i ogląda, zatem Leto konsekwentnie wizualizuje. Tu na historyczną nadbudowę nakłada się warstwa artystyczna. Dla niewtajemniczonego widza mogąca sprawiać wrażenie wizji totalnie obiektywnej. Jest w tej konkretności, w (pozornej?) nagości tego konkretu podobna, kojąca właściwość, jak wspomniana świadomość posiadania niezliczonych przodków, o budowie od arcyprostej do tylko nieco, subtelnie prostszej niż człowiek. Wracając do wrażenia obiektywności – ja sama, przyznaję, trwałabym w niej zanurzona po uszy i nawet nie przyszłoby mi do głowy wychynąć na powierzchnię, gdyby nie nerwowe posapywania, które raz po raz dobiegały z okolicy sąsiedniego fotela. Obok mnie siedział student fizyki z koleżanką (naprawdę; wywnioskowałam z ich rozmowy przed seansem), który w taki właśnie sposób demonstrował swoją niezgodę na wizję twórcy „Photonu”. Czyli dla tego studenta nie był on dobrym filmem historycznym, analizując rzecz moimi wyżej zarysowanymi kategoriami. No trudno. Jak mawia staropolskie przysłowie: jeszcze się taki nie urodził…

Oczywiście sam fakt, że w tej historii wszystkiego czynnik ludzki zajmuje stosunkowo mało miejsca (choć proporcjonalnie i tak ciągle o wiele za wiele), budzi mój wielki entuzjazm – na tym jednak ten obszerny wątek pozostawmy. Dociekliwi mogą spytać, jak z określeniem „film historyczny” pogodzić jednak fakt, że końcówka „Photonu” ma charakter zdecydowanie futurologiczny. Tutaj też nie widzę problemu, choć muszę nagiąć swoje historyczne (ba, także i ludzkie) przyzwyczajenia. Niektórzy mogą uznać, że to głupie i naciągane, i wolno im. Myślę sobie jednak tak (niezbyt zresztą oryginalnie): odrzucając perspektywę antropocentryczną można jednocześnie odrzucić typowo ludzkie odczucie czasu linearnego. Nie ma niczego bezwzględnie przeszłego, ale nie ma i przyszłego. Historyczne jest teraźniejszym, teraźniejsze historycznym, czas to nie dająca się opisać jedność, jakby wszystkie rzeczy działy się w jednej chwili (zdaję sobie sprawę z nieprzydatności w tym momencie słów takich jak „chwila”, trzeba jednak iść na pewne ustępstwa). To wariant pierwszy. Wariant drugi, nie wykluczający się z pierwszym, ale mniej abstrakcyjny: załóżmy, że odbieramy czas w ogóle jako cykliczny, kołowy. Nie tylko, jak to zwykle robimy, pewne wybrane zjawiska: pory dnia, roku… Weźmy wzrost i rozpad – i tak w kółko. Mówiąc doniośle – życie i śmierć jako jedno wielkie kontinuum. Świat powstaje, świat ginie, a potem znowu powstaje, punkt zero się powtarza. Kosmos rozszerza się, a potem kurczy. Niektóre religie powiedzą wam nawet, że światy zawsze odradzają się w dokładnie takiej samej formie. Powtarzamy te same gesty w nieskończoność. W „Photonie” nie zostaje to wyrażone wprost, jednak pod koniec, w części dotyczącej przyszłości, pada wrażenie, że „fotonów jest coraz mniej”. Wyczerpują się? Wszystko się w którymś momencie wyczerpuje, wracamy do punktu zero?

Zanim tam faktycznie wrócimy, wróćmy jeszcze na przysłowiową ziemię i żeby nie było zbyt ciężko, spieszę donieść, że poza tym wszystkim „Photon” jest filmem momentami bardzo zabawnym, niekiedy w wysoce absurdalny sposób. Jak to w życiu. Przy okazji pada też myśl, do której sama lubię wracać, kiedy moja codzienna, zawodowa perspektywa historyczna wyda mi się zbyt ciasna, mianowicie, że „patrząc w niebo patrzymy w przeszłość”. Jako że w moim odczuciu nie ma na świecie rzeczy bardziej poetyckiej, nie jestem nawet w stanie takiej pomyśleć – na tym kończę.

Reklamy
Jarosław Grulkowski - z cyklu "Sekretne życie molekuł", obiekt, 2017 // "Kości, chmury, molekuły. Rysunki Jarosława Grulkowskiego", MWW Muzeum Współczesne Wrocław // fot. JK

Kości, chmury, molekuły. Rysunki Jarosława Grulkowskiego // Muzeum Współczesne Wrocław, 13.10.2017-05.02.2018

wystawy

Wystawę prac Jarosława Grulkowskiego we wrocławskim Muzeum Współczesnym odwiedziłam już – ho ho – ładny kawał czasu temu (kto śledzi szczękowy fanpejdż na FB ten wie i ten widział) i jako że bardzo mi się podobała ciągle miałam jakieś poczucie blogerskiego niedosytu, że może jednak coś powinnam napisać.

A zatem opowiem wam, jak to z tą moją wizytą było. Przyszłam nastawiona szalenie entuzjastycznie (i się nie zawiodłam), brodziłam w ekspozycji pławiąc się w tych wszystkich monochromatycznych, abstrakcyjnych obłościach (czyt. zestawie rzeczy ulubionych) i jeśli w głowie buzowały mi jakieś konteksty, łączniki inne myślowe nadbudowy (wiadomo: zboczenie zawodowe), to były one typowo historyczno-sztuczne i związane z czasami raczej mniej niż bardziej od daty dzisiejszej odległymi.

Aż tu nagle wsadzam nosa (czując się trochę jak podglądacz) w prezentowane elegancko w gablocie szkicowniki Grulkowskiego, i czytam, i nagle takie coś wyczytuję:

Molekuły jako najbardziej podstawowe składniki budowy, figury za pomocą których mogę prowadzić rozważania dot.[yczące] formy, kompozycji, dynamiki, waloru, wpływu poszczególnych elementów na charakter dzieła i jego organizację. / Molekuły są niczym litery poezji lub liczby w matem.[atyce] / Połączenia, braki, nawarstwienie, ruch, statyka, dynamika. / Zachwyca mnie to, jak to się wszystko kręci i trwa. / Boże mój, dziękuję Ci. / Wielkie są dzieła Twej potęgi Panie / Choć jeden rysunek

Ja wiem, Boga (i bogów) spotykano i spotyka się w mniej niespodziewanych miejscach. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że ta wzmianka całkowicie przekierowuje bieg moich myśli. Sęk w tym, że te molekuły, które widzę dookoła, to – oczywiście – koła, lub kule, jak w przypadku obiektów.

I tak myślę sobie: Bóg – kula – Wszechświat – organizacja Wszechświata – kula jako molekuła – kula jako zasada organizacji – kula jako minimum – kula jako maksimum…

Jarosław Grulkowski - z cyklu "Sekretne życie molekuł", obiekt, 2017 // "Kości, chmury, molekuły. Rysunki Jarosława Grulkowskiego", MWW Muzeum Współczesne Wrocław // fot. JK

Aż nagle mam, spotykam go w połowie drogi, owianego moim zboczeniem zawodowym (pani od XV i XVI wieku). Nie wiem, czy Grulkowski go czytuje, nie jest to aż tak istotne, podobnie jak fakt, że ów napotkany przypadkiem autor pewnie by się jednak na mówienie o molekułach jako takich obruszył, bo by mu się kojarzyły z atomizmem, a dalej Epikurem – a to z kolei źle.

Jarosław Grulkowski - z cyklu "Sekretne życie molekuł" (2013-2017), rysunki węglem na papierze // "Kości, chmury, molekuły. Rysunki Jarosława Grulkowskiego", MWW Muzeum Współczesne Wrocław // fot. JK

I sobie mgliście przypominam, że tenże on, Nicolaus Krebs aka Mikołaj z Kuzy (1401-1464), stwierdza w pierwszej księdze jego opus magnum (De docta ignorantia, „O oświeconej niewiedzy”), w rozdziale XXIII: Wypada nam teraz pospekulować nieco na temat nieskończonej kuli.

A ja wyobraziłam sobie wydanie De docta ignorantia zilustrowane przez Jarosława Grulkowskiego. Tak po prostu. Bo to nie tylko Wielkie Piętnastowieczne Arcydzieło Teologii Negatywnej, ale również prawdziwa poezja geometrii – geometrii rozpłyniętej w metafizyce. Przy okazji Kuzańczyk okazuje się niezłym teoretykiem abstrakcji. Mając zatem ochotę zilustrować Jarosława Mikołajem albo Mikołaja Jarosławem, bez wyciągania zresztą daleko sięgających wniosków, cytuję:

„(…) zastanawiając się nad rzeczami stwierdzamy, że [przedmioty] bardziej abstrakcyjne jawią nam się jako najpewniejsze i najwyraźniejsze, choć przecież nie wymykają się zupełnie możliwości zmiany, a też nie są całkiem wyzute z przydatków materialnych, bez których zgoła wyobrazić ich sobie nie byłoby można; tak rzecz się ma z przedmiotami matematycznymi” (De docta ignorantia I. XI)

„aby dotrzeć do bezwzględnego Maksimum, najpierw trzeba nam rozważyć skończone figury matematyczne z wszystkimi ich przypadłościami i stosunkami, a potem owe stosunki przenieść odpowiednio na figury nieskończone; po trzecie zaś, stosunki tych figur uogólnić na poziomie jeszcze wyższym, odnosząc je do Nieskończoności prostej i absolutnej, nie figuratywnej. Wówczas nasza niewiedza zostanie sposobem niezrozumiałym oświecona, jak mamy poprzez zagadkę pełniej i prawdziwiej, mozolnie pojmować Najwyższe.” (De docta ignorantia I. XII)

Widok ekspozycji // "Kości, chmury, molekuły. Rysunki Jarosława Grulkowskiego", MWW Muzeum Współczesne Wrocław // fot. JK

„jak nieskończona kula jest [czymś] całkowicie w akcie i najprostszym, tak też Największe istnieje ze wszech miar w akcie i w sposób najprostszy. Podobnie zaś jak kula jest aktualizacją linii, trójkąta i koła, tak też Największe to aktualność wszystkich rzeczy. Dlatego wszelkie aktualne istnienie ma z Maksimum całą swoją aktualność i o tyle tylko istnieje w akcie, o ile jest aktualnie w owym Nieskończonym. Stąd Największe to forma [wszelkich] form i forma istnienia albo największa bytowość aktualna.” (De docta ignorantia I. XXIII)

„Podobnie więc jak kula to ostateczna doskonałość figur, od której większej już nie ma, tak też Największe to doskonałość wszystkich rzeczy najdoskonalsza – do tego stopnia, że wszelka niedoskonałość jest w nim czymś najdoskonalszym, tak jak skończona linia jest kulą, krzywizna – prostością, złożenie – prostotą, różnorodność – tożsamością, a odrębność – jednością itd. ze wszystkim.” (De docta ignorantia I. XXIII)

Szkicownik Jarosława Grulkowskiego // "Kości, chmury, molekuły. Rysunki Jarosława Grulkowskiego", MWW Muzeum Współczesne Wrocław // fot. JK

„Bóg zatem jest jedyną i najprostszą Zasadą całego Wszechświata. I jak po nieskończonych obrotach powstaje kula, tak też Bóg, poniekąd kula największa, jest dla wszystkich obrotów najprostszą miarę. Wszelkie więc tchnienie życia, ruch i pojmowanie są z Niego, w Nim i przez Niego. U Niego jeden obrót ósmej sfery nie jest mniejszy od [obrotu sfery] nieskończonej, gdyż jest On kresem wszelkich ruchów, w którym wszelki ruch osiąga spoczynek jak u swego kresu. Jest On zatem najwyższym spoczynkiem, w którym wszelki ruch staje się spoczynkiem. W ten sposób najwyższy spoczynek jest miarą wszelkiego ruchu, tak jak największa prostość to miara dla wszystkich obwodów, a najwyższa teraźniejszość albo wieczność jest miarą dla wszelkich czasów.” (De docta ignorantia I. XXIII)

Nie wiem, w jakiego Boga wierzy Grulkowski, ale to też nie ma w tym momencie większego znaczenia. Powtórzmy, również za Kuzańczykiem, że „una est religio in rituum varietate”. Jest jedna religia w mnogości rytów. Po otrzepaniu z owych „rytów” – form, kultu, rytuałów – zostaje coś najprostszego. Największe i najmniejsze – czysta abstrakcja.

/ korzystałam z wydania: Mikołaj z Kuzy, O oświeconej niewiedzy, tłum. Ireneusz Kania, Kraków 1997

Fotorelacja: 24H BRL/WRO // Wrocław, 25-26.11.2017

wystawy

24H BRL/WRO - widok wystawy; fot. JK

O wydarzeniu (opis stąd): „24H BRL/WRO” to jednorazowe, weekendowe wydarzenie artystyczne zorganizowane w prywatnym mieszkanie mieszczącym się w ścisłym centrum Wrocławia. Idea wystawy, która w podobnej formule jako 24H BRL/WAW odbyła się w październiku tego roku w Warszawie, opiera się na krótkotrwałym ale bardzo intensywnym działaniu artystycznym. Od sobotniego wieczoru, 25.11.2017 do niedzielnego wieczoru 26.11.2017 przestrzeń mieszkania zamieni się w wystawę prezentującą szesnastu artystów związanych z Berlinem i Wrocławiem. Sam charakter mieszkania, z resztkami umeblowania z lat 60. oraz 70. nada wystawie specyficznego wyrazu. Mieszkanie zmieni się w swoistą „wunderkammer”, wypełnioną pracami nieoczywistymi, zaskakującymi albo powstałymi na styku różnych dyscyplin i często nieprzystających do siebie elementów. Dopełniać je będą zaś prace nawiązujące do atmosfery domu i codzienności domowego życia. Wszystko to sprawi, że podobnie jak w klasycznej „wunderkammer” odwiedzający będą mogli zagłębić się w świat pełen niewiarygodnych i zaskakujących osobliwości, niepozbawiony jednak i zabawnego czy humorystycznego charakteru.”

Artyści: Marisa Benjamim / Jenny Brockmann / Krystian Truth Czaplicki / Paweł Czekański / Vanessa von Heydebreck / Thomas Judisch / Fee Kleiß / Monika Konieczna / David Krňanský/ Karina Marusińska / Natasza Niedziółka / Janne Räisänen / Łukasz Rusznica / Ina Sangenstedt / Kama Sokolnicka / Marlon Wobst

Pomysł: Paulina Olszewska / Organizator: Krupa Gallery